Nowe!

Ostatni kurs korporacji Taxi Janusz i pasażer 0,7 zgłoś się

Zapraszamy na kolejną część przygód redaktora Czesława i jego zwariowanej rodziny. Wszystkie postacie, sytuacje i wydarzenia są fikcyjne i wymyślone na potrzebę tej historii… Jak to się zaczęło? Pierwszą część przygód znajdziecie tutaj, drugą tutaj. Pod tym linkiem znajduje się natomiast część 3.

Volkswagen Passat kombi wujka Janusza to świętość. Auto sprowadzone kilka lat temu z Niemiec i odkupione od handlarza na giełdzie w Słomczynie, teoretycznie prezentowało na liczniku przebieg 95 tys. kilometrów, choć dla każdego oprócz wujaszka było jasne, że w praktyce jest to niemożliwe. Jednak o kupnie maszyny zadecydowały słowa sprzedawcy auta – Mirosława, który poprawiając skórzany kaszkiet, tak oto zarekomendował samochód:

“Panie… w Reichu to stary Hans tym autem tylko do kościoła jeździł. Silnik igła, bierz pan bo już kilku innych się o niego pytało.”

Wujaszek uwierzył i stał się szczęśliwy nabywcą poleasingowego wehikułu z cofniętym wiertarką licznikiem. Jakiś czas temu Janusz wraz ze swoim czarnym rumakiem postanowił rozpocząć karierę taksówkarza. Oczywiście nie zamierzał bawić się jakieś zezwolenia, zakładanie działalności czy wystawianie paragonów. Jego jedyny syn Sebastian, zamówił z Chin kogut na dach i po dwóch miesiącach czekania zakończonego awanturą z celnikami, wujek mógł nareszcie zostać popularnie zwaną “złotówą”.
Taxi Janusz


Mimo, że jednoosobowa korporacja Janusza nie odprowadzała żadnych danin publicznych to jego usługi zazwyczaj były droższe, niż przejazd standardową taksówką. Klientów nagabywał przy Dworcu Centralnym albo na Okęciu:

“Pan nietutejszy to zapraszam miasto pokażę.” “Paragon? Jaki paragon? Panie kto by się w takie rzeczy bawił… dej pan stówę i wszyscy zadowoleni.”

Często zabierał też wracających do domów, nietrzeźwych bywalców warszawskich dyskotek, bo im łatwiej było wcisnąć bajkę o taryfie nocnej i remontach powodujących konieczność objazdu. I tak sobie dorabiał wujaszek do renty, aż pewnego pamiętnego dnia do jego taryfy niespodziewanie wsiadł zdenerwowany pasażer, który raz za razem sięgał do wewnętrznej kieszeni płaszcza, aby złapać łyk z ukrytej pod pazuchą piersiówki.

Janusz od razu poznał, że wiezie byłego polityka, znanego głównie z zamiłowania do mocnych trunków i rzadkiej choroby filipińskiej, gdy facet wsiadał do samochodu wujaszek zwrócił uwagę na czerwoną tubkę w jego dłoni. Gdzieś ją już na pewno widział i ta myśl nie dawał mu spokoju. Po chwili przypomina sobie, że jego syn Seba używa tego kremu. Chodzi na siłkę i parę dni temu Janusz zauważył u niego w pokoju krem, drwiąc z syna:

“Hehe młody, no co ty – krem? Przecież to dla bab”

Seba stwierdził, że jest na kuracji i codziennie robi klatę, więc krem łagodzi podrażnione od gryfu dłonie. A do tego dupeczki lecą na gości z zadbanymi dłońmi.

Po chwili z letargu Janusza wyrwał siedzący na tylnym siedzeniu pasażer, który wybełkotał:

“Jedź pan, zielone mamy…”

Kurs kończyli na Wilanowie, ale po drodze klient chciał jeszcze zajechać do monopolowego, a do tego wujaszek wybrał najdłuższy z możliwych objazdów. Po dotarciu na miejsce gość zostawił 200 zł i chwiejny krokiem ruszył przed siebie. Traf chciał, że zapomniał zabrać ze sobą aktówki i kremu…

Nielegalny taryfiarz zauważył zgubę dopiero, gdy parkował wehikuł pod swoim blokiem z wielkiej płyty na warszawskiej Pradze. W środku znalazł, jakieś dokumenty i krem Evree, Hand Care Max Repair, co skwitował pod nosem następująco:

“Że też portfela nie mógł zostawić jebaniutki… Krem do rąk? Raczej coś na wątrobę by mu się przydało, ale co tam sam spróbuje, bo mi dłonie spierzchły od kręcenia tą wajchą cały dzień.”

Taxi Janusz


Dokumenty wylądowały w śmietniku obok, a Janusz następnego ranka paradował do swojej niemieckiej limuzyny, dzierżąc w doskonale zregenerowanej dłoni piękny, skórzany neseser. Jak zwykle zaczął od koszenia frajerów przy Centralnym, ale tym razem nie zrobił nawet jednego kursu. Co prawda prowadził już jakiegoś Japończyka tłumacząc bez przerwy:

“Good price, good price… herzlich willkommen… dawaj dziengi bo nie pojadem”

Jednak przed samochodem czekał na niego niespodziewany gość – znany z telewizji detektyw z fryzurą nadającą jego głowie kształt sześcianu. Janusz nie zdążył nawet zapytać o co właściwie chodzi, a ubrani na czarno panowie w kamizelka z napisem “Patrol” wrzucili go do auta i zawieźli do jakiejś piwnicy za miastem.

Janusz i przypadkowy pasażer o wschodnich rysach siedzieli skuci kajdankami w ciemnym pokoju, przy stole z lampą skierowaną w ich stronę. Nagle otworzyły się drzwi, a do pomieszczenia wszedł detektyw i nie kto inny, jak tylko czerwonym na twarzy (raczej nie od wzruszenia) naczelny wódz, który stanął przed stołem bełkocząc:

“Siczas ja budu govorit po francuski: savuuuuar viv… znaczy ka ka ka… nieważne”

taxi janusz


Dalszego ciągu bełkotu nikt nie zrozumiał, więc inicjatywę przejął detektyw. Wskazał na patrzącego mętnym wzrokiem ex-polityka, postawił na stole teczkę i wykrzyknął:

“Słuchaj gnoju, poznajesz tego gościa!? Wczoraj wiozłeś go na Wilanów, zostawił u Ciebie teczkę. Gdzie są dokumenty, które były w środku. Pytam się gdzie!? Wiesz co z tobą zrobią w więzieniu? Gadaj gdzie są papiery!”

Przerażony Janusz powiedział prawdę na temat przywłaszczenia zguby należącej do bełkoczącego polityka, a Patrol detektywa szybko znalazł dokumenty w śmietniku obok jego bloku. Wujek i Japończyk z dworca zostali odstawieni na miejsce, z którego ich zabrano. Janusz będąc jeszcze w szoku, odwiózł nawet pasażera za darmo na lotnisko, ale postanowił, że będzie to jego ostatni kurs, gdyż zawód taksówkarza jest dla niego zbyt niebezpieczny. Niestety nigdy nie wyjaśniło się, jak ważne dokumenty prawie zniknęły w osiedlowym koszu.

Janusz nawet przez pewien czas uważał, że historia mogła mu się przyśnić. Jednak w schowku Passata znalazł Evree Hand Care Max Repair, który nie tylko zregenerował jego dłonie, ale też zatrzymał proceder nielegalnych przewozów ludzi po warszawskich ulicach.

evree max repair

Skomentuj